07 listopada 2010

Porto Servana - Rozdział I część I

Rozdział I – Co ja tutaj robię?!

- Wstawaj! Wstawaj! – krzyczy jakiś dziecięcy głos

- Jeszcze chwile… - powiedziałem ospałym głosem i przewróciłem się na drugi bok

- No rusz się!

- 10 minut i wstaję!

- No chodź bo Mama będzie zła – złapała mnie za rękę, próbując wyciągnąć z łóżka

- Zła? Na co?

- 30 minut temu mieliśmy być na targu!

- 30 minut temu? To mamy jeszcze dużo czasu... – Nie miałem siły wstać i ciężko mi szło zrozumienie tego co mówi do mnie siostra. Do późna pracowałem w winnicy, by przygotować beczki do sprzedaży na następny dzień.

- Elli! – krzyknęła i usłyszałem jak odchodzi.

Pomyślałem sobie ‘‘ Poszła.. no to mogę sobie jeszcze z godzinkę pospać ‘‘ Położyłem się z powrotem na plecach i podciągnąłem koc pod samą brodę. Nagle poczułem uderzenie w brzuch, jakby ktoś rzucił we mnie workiem z mąką. Naprężyłem wszystkie mięśnie i wydałem z siebie odgłosy przypominające jęki. Powoli otwierałem oczy i dostrzegałem zarysy jakiejś postaci. Wyciągnąłem rękę spod koca i zacząłem przecierać nią oczy. Podniosłem głowę i dostrzegłem postać siedzącą mi na brzuchu.

- Dzień Dobry. Pora wstawać! – po wypowiedzeniu tych słów na jej twarzy zobaczyłem szeroki uśmiech.

To była moja młodsza siostra. Siedziała mi na brzuchu, a jej ‘złociste’ włosy skąpane były w świetle słonecznym. Jakiś metr nad moim łóżkiem znajdowało się okno. Nie chciało mi się go wczoraj zamykać więc blond włosy mojej siostrzyczki lekko falowały na wietrze. Na jej twarzy dostrzec było można dwa rumieńce. Ogrom jej niebieskich oczu sprawiał że doskonale rozumiałem że spanie się skończyło.

- Haaalo? Mówię do Ciebie? Słyszysz mnie?

- Tak.. tak.. już wstaje. – odparłem a Lidia podniosła się i zeskoczyła z łóżka. – Gdzie jest reszta? Coś cicho tak z samego rana.. – powiedziałem.

- Z samego rana? – zapytała zdziwiona.- Przecież zaraz będzie 10:00.

- Cooo?! 10:00?! – spojrzałem na zegarek znajdujący się na stoliku z lewej strony łóżka. – Łaa?! Już ta godzina?! Jesteśmy spóźnieni 30 minut!

Siostra spojrzała na mnie głupim wzrokiem, poprawiła swoją sukienkę kremowego koloru i powiedziała:

- A nie mówiłam? Mama będzie zła… - założyła mój słomiany kapelusz leżący obok drzwi na reszcie moich ciuchów. – Naszykowałam już Waldiego i Verbahta. Czekamy na zewnątrz, pośpiesz się – rzuciła wybiegając z pokoju.

Wyskoczyłem z łóżka jak poparzony. Otworzyłem kredens stojący naprzeciwko łóżka wyciągając z niego czarną koszulkę i pobiegłem w stronę drzwi. Przy drzwiach złapałem kupkę ubrań i zacząłem je w pośpiechu zakładać. Krótkie spodenki koloru brązowego z szelkami, skarpetki które podarowała mi Lidia na urodziny oraz rozpinany bezrękawnik z herbem naszej winnicy na plecach. Zbiegłem po starych drewnianych schodach wprost na drzwi. Wybiegłem na zewnątrz i oślepiły mnie promienie słoneczne. Położyłem prawą rękę na głowie w poszukiwaniu kapelusza. Niestety zapomniałem że ktoś go założył przede mną. Wróciłem się do domu i wszedłem do salonu. Zabrałem z wieszaka przy drzwiach kapelusz mojego starszego brata i wyszedłem zamykając za sobą drzwi. Na zewnątrz czekała już na mnie siostra. Siedziała na nowiuuuuuśkim wozie który kupiliśmy w zeszłym tygodniu.

- Oo! Zaprzęgłaś już konie Lili? To dobrze. – powiedziałem.

- No przecież Ci mówiłam że Wladi i Verbaht są gotowi – odparła.

Z tyłu na wozie beczki były już zapakowane. – Całe szczęście że wczoraj mi się chciało je zapakować, inaczej dzisiaj nie było by mi tak wesoło – powiedziałem do siostry i kazałem jej ruszać.

Ruszyliśmy w stronę miasta. Patrząc na Lili jak powozi pomyślałem sobie ‘‘ Jak to dobrze że nie poszła rano z resztą na targ. Nie dał bym rady sobie sam poradzić z tym powozem. ‘‘ I to niestety była prawda. Konie nie za bardzo mnie lubiły, co nie znaczyło, że nie umiałem powozić czy jeździć konno. Po prostu moja siostra zawsze miała dobry kontakt ze wszystkimi zwierzętami. Pamiętam, że już od dziecka taka była. Miła, serdeczna, emanowało od niej takie uczucie ciepła, że miała wielu przyjaciół jak i wśród ludzi tak i wśród zwierząt. Nie minęło długo zanim się zorientowała, że się jej przyglądam.

- Coś się stało? – zapytała

- He... he… a nic… tylko tak sobie pomyślałem że mam ogromne szczęście posiadając taką siostrzyczkę jak Ty. – odpowiedziałem jej z uśmiechem.

- Czego chcesz? – zapytała przeszywając mnie wzrokiem

- Ależ o co Ci chodzi? Nie mogę być dumny ze swojej młodszej siostry?

- Na pewno?

- No… oczywiście że tak…. – odpowiedziałem jej zacząłem się rozglądać. Zauważyłem że jesteśmy już bardzo blisko targu.

- A więc? Co powiemy mamie? – zapytała.

- Nie wiem… może powiemy że konie narobiły wujkowi w ogródku i musiałem posprzątać?

- Ty i te twoje pomysły… Zostaw to mnie. JA się tym zajmę! – odpowiedziała.

Mimo, że ledwo co odrastała od ziemi to jej zachowania i bystrość nie raz wprawiały mnie w zakłopotanie. Wjechaliśmy na targ. Dziesiątki straganów, setki ludzi, tysiące towarów zawsze sprawiały na mnie ogromne wrażenie. Nagle powóz się zatrzymał.

- Jesteśmy na miejscu. Idź wypakować beczki.

- Dobrze. – odpowiedziałem i zacząłem schodzić z wozu. Niestety poślizgnąłem się i wylądowałem na plecach. Nade mną stanęła kobieta.

- Młody człowieku ładnie to tak kazać damie czekać? – usłyszałem

To była moja matka. Poznałem ją po głosie. Próbowałem się poderwać z ziemi, gdy nagle poczułem uderzenie a następnie ogromny ból w swojej piersi.

~ ……………………………………………… ~

Nagle wszystko zaczęło się robić białe. Poczułem kolejne silne uderzenie w klatkę piersiową.

~ Serce znowu bije! Przygotujcie trzeci strzał! ~

Wszystko było strasznie rozmyte, dostrzegałem jedynie zarysy jakiś białych postaci. Ktoś coś mówił ale nie byłem w stanie nic zrozumieć. Trzecie uderzenie sprawiło że poczułem ból we wszystkich mięśniach na ciele.

~ Odzyskuje przytomność! Wezwijcie doktor Mali! ~

Ból się nasilał, wzrok stawał się wyraźniejszy. Widziałem ludzi którzy cały czas coś krzyczeli między sobą. – Czy to sen? – pomyślałem. Robiłem się strasznie senny, jakbym nie spał wiele dni. Ogarniało mnie dziwne uczucie którego nie byłem w stanie opisać.

~ Tracimy go! Szybko do sali go! ~

~ Trzymaj się chłopcze……. ~

Mój wzrok spowiła ciemność. Wszystko umilkło. Nie czułem nic. Tylko spokój i cisza.

Co ofiarujesz?...

Czego szukasz?...

Pragniesz siły?...

Cisze przerwał szept, pytając mnie o jakieś dziwne rzeczy. – Pokaż się! – krzyknąłem

Nagle poczułem chłód i silnie wiejący wiatr. Wszystko dookoła mnie zaczęło się rozjaśniać i przybierać jakiś kształt. – Gdzie ja jestem? Co się dzieje?! – zapytałem płochliwie.

Co ofiarujesz?...

Czego szukasz?...

Pragniesz siły?...

Nieznajomy głos powtórzył wcześniej wypowiedziane już słowa. Zrobiło się na tyle jasno, że byłem w stanie zobaczyć gdzie się znajduje. Była to jaskinia skuta lodem. Na środku znajdował się kryształowy filar, a w środku płonął płomień.

Co ofiarujesz?...

Czego szukasz?...

Pragniesz siły?...

Znów usłyszałem ten sam szept co wcześniej. Zdawało mi się, że usłyszałem go z miejsca gdzie znajdował się filar. Podszedłem bliżej ostrożnie stawiając kroki na śliskim lodzie. Dojście do tego filaru sprawiało mi wiele trudności mimo, że dzieliło mnie to niego tylko kilka metrów.

Co ofiarujesz?...

Czego szukasz?...

Pragniesz siły?...

Im bliżej byłem, tym szept był coraz wyraźniejszy. Usłyszałem ogromny huk i lód zaczął pękać. Nie widziałem nigdzie miejsca gdzie mógłbym stanąć. Pęknięcia tworzyły olbrzymie kry, które powoli zatapiały się w wodzie. Nagle pod moimi nogami pojawiło się jedno z ogromnych pęknięć. Sparaliżowany strachem nie mogłem się ruszyć, a kry powoli zaczęły tonąć. Stałem w wodzie po kolana. W pewnym momencie zaczęły się one od siebie oddalać. Nic nie przychodziło mi do głowy. Panicznie rozglądałem się w poszukiwaniu czegoś czego mógłbym się chwycić. Ale… Nie było nic.. Zebrałem resztki odwagi i postanowiłem zaryzykować. – Przeskoczę na jedną z nich – pomyślałem naprężając wszystkie mięśnie w lewej nodze i odbijając się od kry. Miałem wrażenie że wszystko dzieje się w strasznie zwolnionym tempie. Przez chwile myślałem że mi się uda ale moje optymistyczne myśli przerwał ogromny huk. Na krę, którą obrałem za cel spadł ogromny lodowy sopel wbijając się w sam środek kry. Zanim zdążyłem do niej doskoczyć znajdowała się ona już pod wodą.

Wpadłem do wody. Przeraźliwe zimno przeszło jak prąd po moim ciele. Usłyszałem szept.

Nie jesteś jeszcze gotów…

Wróć do mnie kiedy dowiesz się kim naprawdę jesteś…

Odrętwiały nie byłem w stanie pływać w tej wodzie. Zacząłem tonąć. Nie wiedząc czemu, nie czułem strachu tylko dziwnie uczucie ukojenia. Ciemność po raz kolejny spowiła wszystko… Co się działo ze mną dalej? Nie pamiętam…




------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Już niebawem dodam drugą część I rozdziału :D

Mam nadzieję że się podoba jak narazie :D

05 listopada 2010

Moje pierwsze opowiadanie.


Witam wszystkich. Pierwszy raz będę prowadził bloga na poważnie ... :D. Poświęcony on będzie mojej opowieści którą będę tworzył z biegiem czasu. Jest to moje pierwsze dzieło tego typu więc mam nadzieje że się spodoba a jeśli nie to powiecie czego w nim brakuje albo co jest źle.




Porto Servana

Narodziny ucznia Pijanego Mistrza



W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Promienie słoneczne z trudnością przebijały się przez gęsty dym, rozciągający się nad całą wioską. W oddali było słychać głośne jęki i odgłosy walki.

Wybuchy i trzaski stawały się coraz cichsze. Nagle wszystko przyćmił głośny śmiech. Nad wioską od strony północnej znajdowały się skarpy oraz półka skalna na której stały beczki z winem. Właśnie to z niej dobiegał głośny śmiech. Gdy wszystko ucichło słychać było rozmowę kobiety z mężczyzną.

- Jeżeli będziesz tyle pił w pracy to w końcu Akademia się dowie. Mógłbyś trochę przystopować… Chociaż w pracy…

- *Hyp* Nie strasz….. nie strasz….. bo się…. *hyp* hahaha

- Czemu właśnie Ciebie?... Czemu ze wszystkich mistrzów to akurat Ty zostałeś moim partnerem?....

- Zabawna jesteś *hyp* …. Hahaha… *Hyp* wiesz co Ci powiem?

- Lepiej w tym stanie nic nie mów….

- W tym stanie? *hyp* Przecież czuję się świetnie! Ty też mogłabyś się czegoś napić czasami. *hyp*

- Czasami?! Czasami to ty byś mógł na misje trzeźwy przyjść…

- Oj oj… Nie bądź taka…. Dzisiaj przecież przyszedłem nieprawdaż?

- Tak… do czasu aż zobaczyłeś te beczki z winem…

- No przecież nie mogły tak stać i się marnować! Ja tylko… degustowałem….

~ Nagle z krzaków wyskakuje jakaś postać i biegnie w stronę kobiety ~

- Milltall za tobą! Mężczyzna łapie prawą ręką za miecz wbity w ziemie i szarżuje w stronę tajemniczej postaci. Szybkim cięciem pozbawia postać lewego ramienia. Czarna krew tryska z rany. Postać zawyła przeraźliwie. Jednak brak ramienia nie powstrzymuje jej i rzuca się na mężczyznę.

- Pomóc Ci? – pyta kobieta

- A masz może odświeżacz do ust? – odpowiada odcinając drugie ramie napastnikowi. Coraz więcej krwi tryska we wszystkie strony.

- Odświeżacz? Skąd ja niby mam Ci go wziąć?... Zamierzasz się z nim całować czy co? – w tym momencie napastnik przypiera mężczyznę do drzewa.

-Tylko bez takich czułości – odpowiada mężczyzna w stronę napastnika. Jedynie jego miecz oddzielał napastnika od mężczyzny. - No to chociaż jakieś miętusy?! - zapytał kobietę. Napastnik nie przejmował się brakiem ramion i usilnie próbował ugryźć swoją ofiarę.

- Skończ już z tym! Kobiecie puściły nerwy. - Albo się go pozbędziesz albo spalę Cię razem z nim. Masz 5 sekund.

- Hahaha żartujesz prawda?

- 5… 4… Kobieta zaczęła odliczać

- Nie zrobiła byś mi tego. Blefujesz.

- 3… 2…

- Ej Ej! Przestań się wygłupiać…!

- 1…. Kobieta podniosła lewą rękę i zaczęła wypowiadać zaklęcie ‘Malearo de Infern….

- Dobra dobra! Rozumiem. Przerwał jej recytację zaklęcia i odepchnął z całej siły napastnika. Padł on kilka metrów dalej. Udało mu się jakoś ruszyć swoje ciało i klęczał na kolanach. Gdy spojrzał w górę zobaczył że kobieta znajduje się w polu jego Hakki. Podniosła ona prawą rękę i zaczęła ‘formować’ ognistą kule. Blask kuli oświetlił napastnika. Twarz jego była pocięta i na wpół zgnita. Jego ciało było całe we krwi, czarnej krwi. Nie było wątpliwości że był on Kaedarinem czyli nie umarłym. Gdy tak przyglądała się naszemu Zombie, mężczyzna zdążył już zatopić w nim swój miecz.

- ‘Abare Reiku‘ wypowiedział po czym ciało Kaedarina wybuchło. Jego kawałki rozsypały się po okolicy.

- Ha.! Widziałaś? Chyba pobiłem swój rekord w wystrzelaniu zombie. Schował swój miecz do pochwy.

- ……

- Oooo! Patrz! Tam na drzewie! Widzisz? To jego noga! Haha! Poleciała chyba ze 170 metrów.

- …… Ty……

- Ja?

- ….. TY PÓŁGŁÓWKU!

- Tak się odzywasz do osoby która uratowała Ci życie?

- Ty Półgłówku! Imbecylu jeden! Zobacz co zrobiłeś!

- Yyy..? Uratowałem Ci życie..?

- Swoim ‘Abare Reiku’ poplamiłeś mi mój mundur! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego jak ciężko schodzą plamy z czarnej krwi?! Na twarzy kobiety widać było gniew przeradzający się w furię.

- Spokojnie…. Spokojnie…..

- Spokojnie?! Ja Ci dam zaraz spokojnie! Regan… Coś mi się zdaje że źle Ci się oddycha prostym nosem!

- Ehh Milltall tak się odzywasz do mężczyzny swojego życia…? Ja, jak rycerz w lśniącej zbroi uratowałem Cię przed pogryzieniem, a ty tak się do mnie odzywasz? Zawiodłem się na Tobie! Powiem Ci jedno jesteś delikatna jak pumeks!! Po tych słowach z uśmiechem na twarzy odszedł w stronę lasu.

- Pu-pu-pumeks?! Milltall kipiąca gniewem skierowała obie ręce w stronę Regana. - Zaraz z Ciebie zrobię węgiel ‘ Tykki de Inferno ‘.

Uśmiechnięty Regan nie oglądając się za siebie wchodził coraz głębiej w las. Wydawało mu się, że robi się coraz cieplej i cieplej. W pewnym momencie zauważył na konarach drzew jakieś światło.

Jego zmysły podpowiadały mu że coś jest nie tak.

- Hmm? A co to? Świecące drzewa? Haha… nie powinienem tyle pić. Zignorował swoje zmysły usprawiedliwiając się stanem upojenia alkoholowego. Coś go jednak podkusiło żeby się obrócić.

- Ciekawe jak tam Milly. Coś mnie śledzi od jakiegoś czasu. Pewnie to ona! Założę się że zajdzie mnie od tyłu, zakryje mi oczy i powie ‘Zgadnij kto to?‘. Nagle twarz Regana zrobiła się cała czerwona i zaczął chichrać pod nosem. - Hi hi hi… fajnie by było poczuć te dwie duże kuliste obiekty na plecach. Z takimi odważnikami co nosi na klacie, nie trudno o jakiś wypadek. Regan zrobił się coraz bardziej czerwony. Nim się spostrzegł łapał ‘coś’ w powietrzu wydając przy tym dziwne dźwięki. Rozmarzony nie zauważył że ktoś się do niego zbliża. Nagle został objęty od tyłu i poczuł dwa kuliste obiekty na plecach. - Wiedziałem! Że nie możesz beze mnie żyć! – powiedział. Powoli przesuwał ręce by objąć dłonie swojej ukochanej. Jej głowa zbliżała się do jego szyi że mógł poczuć jej oddech. Odór jej oddechu sprawił że miał ochotę jej powiedzieć: ‘ Kochana te muchy co tu tak krążą to chyba do Ciebie… za twoim ‘aksamitnym’ oddechem. Opanował się jednak i rzekł do niej - Ząbków się nie myje moja droga?

- Ocknij się Erotomanie! Bo zaraz ktoś łeb Ci odgryzie! – rzekł tajemniczy głos

- Huh?! Zdziwiony Regan lekko obrócił głowę w stronę kobiety. AAAAAAAA! Ty nie jesteś Milltall! Twarz tej kobiety była podobna do napastnika, który zaatakował Milltall. Bez wątpienia była ona zombie.

- No brawo! Nareszcie zacząłeś myśleć jak człowiek! Już myślałem że zaczniesz się z nią zaraz w krzakach zabawiać.

Na ramieniu Regana pojawiła się kula światła, po czym przybrała postać węża. Był to Rakkiki - duch siły. W mgnieniu oka przepełzał na drugie ramie Regana i zatopił swe kły w czaszce Kaedarina. Nie był to duży wąż miał około pół metra. Posiadał on unikaną umiejętność absorbowania ‘Virral’a’ czyli bojowej duszy przeciwnika.

- To nie ona!.... Och… moje serce zostało złamane! Zostałem zbrukany przez Zombie! Żadna już mnie nie będzie chciała! – powiedział Regan płaczliwym głosem.

- Regan mógłbyś swoje złamane serce schować do kieszeni? Jakbyś nie zauważył ‘Twoja Ukochana’ przyszła tutaj ze ‘znajomymi

- Niech mnie zjedzą! Nic mi już po życiu! Zostałem zbrukany!

- O Valerianie….. królu mój… czemu kazałeś podpisać mi kontrakt z tą istotą?..... Rzekł Rakkiki z westchnieniem.

- Rakkiki widzę że znowu masz problemy z tym pajacem… - rzucił obelgą zwierzak siedzący na gałęzi

- Jak śmiesz obrażać mego Sakki? Pokaż się! Sprawię że połkniesz te słowa.

Z drzewa zleciał mały niebieski smok. Jego Sakki czyli mistrzem była Milltall.

- Och. to tylko ty Inferno… Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś pilnować swojego Sakki?

- Przyleciałem z rozkazu Mistrzyni. Kazała mi ‘nadpalić’ twojego mistrza.

- Żadna!... Żadna!... Nikt na mnie nie spojrzy! – krzyknął Regan przerywając rozmowę duchów

- Słuchaj Inferno. Jeżeli pomożesz mi rozprawić się z tymi Kaedarinami to pozwolę Ci zrobić z mojego mistrza tosta.

- Mhm... Dobra nie ma sprawy. I tak musimy pozbyć się wszystkich zombie.

Może i wygląd duchów nie był jakiś przerażający ale…. Rakki oraz Inferno pochodzili z 3 Kręgu przywołania.

- Inferno kup mi chwile czasu bym mógł w całości zaabsorbować bojowego ducha tej ‘zimnej laski’ co tam leży.

- Ok. Tylko mam nadzieje że nie zaczniesz się do niej dobierać jak twój mistrz.

~ Lume de Inferno - Ognista Burza ~

Czar rzucony przez Inferno spowodował że teren wokół nich zaczął płonąć.

- Czas zacząć zabawę Rakki. Jak się nie pośpieszysz to sam ich wszystkich załatwię.

~ Orcell de Inferno – Ognieste Pazury ~

Z miłego smoka zmienił się w latający pocisk artyleryjski. Jego mały rozmiar i doskonałe proporcje ułożenia skrzydeł zapewniały mu doskonałą zwinność podczas latania. Potrafił zatrzymać się w locie w 2 sekundy przy prędkości 100km/h.

- No Rakki ja już mam 7 zombie na swoim koncie i jednego psa.

- Psa? Skąd ty wziąłeś psa?

- Ta-je-mni-ca…. Jak się nie ruszysz to nie zostanie żaden dla Ciebie niedługo.

- Wątpię żebyś załatwił wszystkich 54 samodzielnie

- 54? Skąd ty wiesz ile ich jest?..

~ Vipero el Dorado – Kobra Królewska ~

Po wypowiedzeniu tego zaklęcia mały wężyk zamienił się w kilkumetrową Kobrę Królewską. Była to jedna ze specjalnych umiejętności Rakkikiego.

- No w sumie widzę że to głupie pytanie było… Zdaje mi się czy znowu jesteś większy?

- Zęby mnie swędzą… czas najwyższy coś zjeść. Większy? Kto wie?...

- Dobra zaczynamy.

~ Vipero el Varaku – Zatrute Kły ~

Wraz z końcem wypowiadania zaklęcia przez Rakkikiego rozpoczęła się walka. Walka duchów z zombie wyglądała dość komicznie. Kilku metrowa Kobra Królewska stała w miejscu, otwierała paszcze i połykała najbliższego zombiaka w całości. Inferno za to, wyglądał jak latający mini-miotacz ognia.

Inferno obniżył lot i palił wszystkich wokół niego. Ku jego zdziwieniu, na drodze stanął mu pokaźnej postury Kaedarin z siekierą w ręce. Ani go ominąć, ani go oblecieć, więc wpadł na pewien pomysł…

Zaczął koncentrować siłę ognistego oddechu i ruszył pełną prędkością w jego stronę. Przednie jak i tylne kończyny ułożył wzdłuż ciała, a pysk wysunął do przodu. Z nozdrzy wydobywał się dym. Z Kaedarinem dzieliło go już tylko kilka metrów. Z oddali dochodziły odgłosy potężnych wybuchów. Gdy zbliżył się odpowiednio do monstrum, zaczął powoli roztwierać pysk. Zjawisku temu towarzyszył dym, oraz światło powoli wydobywające się z pyska. W pewnym momencie roztworzył swój pysk całkowicie. Wystrzelił z niego potężnym słupem ognia, wypalając sobie ‘drogę’.

- No proszę…! Jednak się udało! – krzyknął wylatując z dziury, którą pozostawił po swoim strzale.

Znalazł się na zewnątrz. Gdy nawrócił, z zombie którego przestrzelił zostały tylko nogi wystające z paszczy Rakkikiego.

- Ehh a tak chciałem zobaczyć tą dziurę…

- Dziura jak każda inna… Ale niestety wypaliłeś najsmaczniejszą część… - skomentował Rakki przełykając resztki zombiaka.

- Cóż muszę przyznać, że szybko się z nimi uwinęliśmy. – oznajmił Inferno

- Coś tak spokojnie się zrobiło…

Inferno zaczął się rozglądać za Reganem. Nie mógł go nigdzie dostrzec, ani w oddali ani wśród trupów.

- Rakki gdzie jest twój Sakki? – zapytał

Rakkiki rozejrzał się dookoła

- Faktycznie nigdzie go nie ma…. Może poszedł w stronę Milltall? Potrafię wyczuć że żyje, ale nie mogę go zlokalizować. Spróbuj namierzyć Mill-sakki

Inferno koncentruje się i próbuje namierzyć dokładną lokację swojego Sakki.

- Dziwne… U mnie to samo…

- Szkoda czasu, coś jest nie tak z tym miejscem. Chodźmy do miejsca skąd dochodzą te wybuchy.

Rakkiki oraz Inferno ruszyli w stronę wielkich wybuchów.

Niedaleko od miejsca walki duchów, Milltal bombardowała wioskę kulami ognia.

- Ja Ci pokażę!...

Wściekła, ciskała ognistymi kometami nie patrząc w co i gdzie trafia.

- Pumeks?!...

Żywiołaki ognia, które wcześniej przyzwała radośnie paliły okoliczne budynki. Machała rękoma jak dyrygent podczas koncertu wysadzając wozy, beczki i małe domki znajdujące się najbliżej niej.

- Oj! Uważaj! Nie wiem co Ty sobie myślisz, ale Ci chyba w mózgu chomiki w ping ponga grają!

Stanęła w miejscu, zacisnęła pięści a w oczach było widać furię. Wiatr ustał całkowicie. Żywiołaki szybko zaczęły się oddalać jakby przewidywały coś niebezpiecznego. To prawdopodobnie instynkt przetrwania kazał im uciekać jak najdalej od Milltall. Stała ona bez ruchu, gdy nagle podniosła lewą rękę w górę. Prawą zaś rękę włożyła do kieszeni z lewej strony swojego munduru wyciągając starą księgę. Lewą dłoń rozłożyła ku niebu i zaczęła recytację:

~ Kalvar avaki dianno letupa… ~

~ Demusi kara vi dielago…

~ Arraci de Inferno! ~

Skończywszy recytację tekstu, uformował się wokół niej ognisty krąg. Miał ze 4 metry wysokości. Zalał okolice potężną ścianą ognia, która przesuwała się we wszystkich kierunkach. Zupełnie jak fala Tsunami na wzburzonym morzu taranująca przeszkody na swej drodze. Z wioski został tylko popiół i tlące się resztki ciał.

Tymczasem w sercu ciemnego lasu…

- Tylko na ‘Tobie’ mogę polegać… jesteś moją najlepszą przyjaciółką jaką mam!

Przechylił butelkę pełną wina i pił póki nic w niej nie zostało.

- *hyp* Cooo?! Już pusta?!..... Haha! Każdy szanujący się degustator alkoholi winien mieć przy sobie takie cacko.

Wyrzucił pustą butelkę i sięgnął do kieszeni wyciągając piersiówkę.

- Mój skarb!

Zauważył, że z oddali zbliżają się Kaedarianie

- *hyp* Nawet spokojnie napić się nie dadzą. Człowiek haruje jak wół. Zabija na prawo, na lewo i jakby chciał chwile odsapnąć to nie… nie może! Wiem! Ale mam pomysła….

Przechylił piersiówkę i musiała nieźle palić, bo jego wyraz twarzy był zjawiskowy.

- Wooah.. A-al.-ale mocne… Chyba będę musiał poprosić Nevilla by mi więcej tego przemycił.

Wyciągnął miecz z pochwy i zaczął maszerować w kierunku przeciwnika. Po paru krokach stanął, rozejrzał się po czym machnął rękoma i poszedł dalej.

- Ehh jaka szkoda… nie ma z kim pogadać… A właśnie… zapomniałem! Miałem sobie pośpiewać!

Nagle na twarzy Regana zawitał szeroki uśmiech i zaczął śpiewać… jeśli to śpiewem nazwać można…

~ Jaka piękna dziś pogoda,

O la la la,

Na flaszeczkę jest ochota

O la la la

Jak pies kota wyłomota

O la la la

To ja litra zrobię sam!

O la la la ~

Przy tej wesołej melodii przedzierał się przez napierających zombie. Jednego przeciął na pół, drugiego skrócił o ‘interes’ innego zaś ogolił na łyso. Zatrzymał się, napił się drugi raz z piersiówki i ruszył dalej pijanym krokiem z nową zwrotką.

~ Zbieram grzyby na pustyni,

O la la la

Dopalacze dają w dyni

O la la la

Gdy przepijesz je wódeczką

O la la la

Będziesz znowu gadał z beczką

O la la la ~

Po skończeniu tej zwrotki, zatrzymał się i napił po raz trzeci, ostatni.

~ Najarany będę chodził

O la la la

I kobity będę zwodził

O la la la

Może któraś fajna laska

O la la la

Dziś dobierze się do paska

O la la la ~

Śpiew Regana sprawił, że ściągnął on więcej Kaedarian ale i nie tylko….

- *hyp* Jeden mniej.. – rzekł odcinając głowę potworowi. Przymierzył się do przecięcia następnego. Machnął mieczem, lecz wydawało mu się, że zdążył zrobić unik. Nie przywiązał do tego jednak większej uwagi. W pewnym momencie jego cios został zablokowany. Zebrał wzrok i spojrzał na postać stojąca przed nim. Był to żywy chłopak o zielonych oczach i kruczo czarnych włosach. Na klatce piersiowej miał ślad po cięciu mieczem. Rozciągał on się od szyi aż po sam pępek. Regan dopiero po chwili zorientował się, że jego miecz zatrzymała żywa istota. Spojrzał na chłopaka i szarpną miecz próbując go wyciągnąć. Szarpał i szarpał, coraz mocniej, młody chłopak z każdym szarpnięciem wydawał jęki okrzesane bólem. Zdziwiony dopiero po chwili zauważył, że jego miecz zatopiony był głęboko w jego barku, blokowany przez małą siekierkę trzymaną przez chłopaka. Młody próbował coś powiedzieć, ale Regan nie był w stanie go zrozumieć. Rana na klatce piersiowej sprawiła że chłopak stracił ogromną ilość krwi i osunął się na ręce Regana wraz z jego mieczem . Ten natomiast stał zdziwiony nie wiedząc co się dzieje…

- Cz-cz-człowiek?! Tutaj?! Żywy?! Co jest grane do cholery?! I jakim cudem był w stanie mnie zobaczyć?! Już więcej nie sprowadzam nic z zagranicy przez Nevilla… Hej młody! Ocknij się! Słyszysz mnie?!

Regan panicznie próbował ogarnąć sytuację, ale marnie mu to wychodziło. Ta natomiast nie wyglądała na ciekawą, miecz utkwił w chłopaku a jego wyciągniecie groziło wykrwawieniem. Wokół nich zaczęła się zbierać cała banda zombie z pod znaku ‘małego głoda’.

- Jest źle… - rzekł i czuł ciepłą spływającą krew po jego ciele.

Przez chwile chciał zostawić młodzieńca by ratować samego siebie. W końcu nie znał go, ani nie poczuwał się za niego odpowiedzialny. Uświadomił sobie jednak, że rana, która rozciąga się od szyi do pępka została zadana jego mieczem, jak i również prawie odrąbane ramię. Był pewien, że to ‘zombie’ co zrobiło unik to był on. Nie udało mu się w pełni uniknąć ciosu ale przeżył go. Chwilę rozmyśleń przerwała mu jednak postać, która stała za nim. Rzucała ona ogromny cień, z czego Regon wnioskował, że to jeden z Raiderów Elitarnej Jednostki Zakonu Śmierci. Złapał mocno chłopaka i czekał na nadchodzący koniec….